Król wikingów, który zginął w przasnyskim parku

Kłopotliwe pytanie
Z dwuipółlatkiem chodzi się po świecie inaczej niż samemu. Wszystko trzeba nazwać. To jest drzewo, duże drzewo, a tamto mniejsze, zwane drzewem małym. To rzeka, nazywa się Węgierka i płynie sobie przez nasze miasto. Popatrz, kaczki. A ten z zieloną głową to kaczor, wygląda inaczej niż kaczka, widzisz? Mój syn różnicy nie widzi albo widzi i ma ją za nic, w każdym razie ciągnie mnie dalej, bo dwuipółlatek idzie tam, dokąd akurat patrzy. Sobotni poranek w parku imienia Kościuszki w Przasnyszu, znad wody schodzi mgła, a ja prowadzę narrację świata dla człowieka znającego może sto słów.

I wtedy dochodzimy do pomnika.
Stoi pod drzewami, długa ceramiczna płyta, a na niej kłębowisko. Okręty, fale, postacie w hełmach, ktoś unosi ręce do nieba. Synek przystaje, bo coś dużego i wyróżniającego się spośród reszty otoczenia zawsze go zatrzymuje, i patrzy na mnie tym swoim pytającym spojrzeniem znaczącym „co to”. No właśnie. Co to. Otwieram usta i słyszę samego siebie: „To pomnik. Taka rzeźba. Pokazuje bitwę. Wikingowie, na statkach, na morzu. To jest król wikingów, widzisz, krzyczy i…”. W połowie zdania robi mi się głupio, bo dociera do mnie, co właściwie mówię. Wikingowie. Bitwa morska. Tu, w Przasnyszu, niemal dwieście kilometrów od najbliższego skrawka morza, w mieście, które morza nie widziało nigdy, stoi w parku monument poświęcony bałtyckiej bitwie wikingów z roku tysięcznego. Mojemu synowi to nie przeszkadza ani trochę. Mnie zaczyna nie dawać spokoju.

Im dłużej się patrzy, tym mniej to się składa. Większość rzeczy w takim parku jest na swoim miejscu. Ławka jest ławką, dąb dębem, a zwykły pomnik tłumaczy się sam. Ten nie. Ten jest jak zdanie wyjęte z cudzej książki i wklejone w środek naszej. Postanowiłem więc sprawdzić, skąd się tu wziął, i odpowiedź okazała się dużo ciekawsza niż sam pomnik. Prowadzi przez norweskiego króla utopionego tysiąc lat temu, przez powieść pisaną w okupowanej Warszawie, poprzez propagandową okrągłą rocznicę i przez rzeźbiarza odlewającego przez całe życie pamięć tego miasta. A na końcu stoję przed czymś, co wydarzyło się naprawdę. Tyle że nie na Bałtyku, lecz w czyjejś głowie.


Bitwa zaklęta w glinie
Wróciłem tam później sam, bez dziecka, żeby popatrzeć w spokoju. Pomnik nie jest posągiem na cokole, jest płaszczyzną. Długa na jakieś sześć metrów, wysoka na dwa ceramiczna kompozycja osadzona tak, że trzeba przed nią stanąć jak przed obrazem w galerii. Tak ją zresztą czytałem, bo nawyk uważnego patrzenia na scenę wyniosłem z lat spędzonych nad japońskim drzeworytem, gdzie nim cokolwiek się zrozumie, najpierw trzeba długo postać i popatrzeć.

Najpierw rzuca się w oczy ruch. Cała płyta faluje. Morze podniesione wysoko, dziób przy dziobie, kadłuby wciśnięte jeden w drugi tak ciasno, że trudno orzec, gdzie kończy się jedna burta, a zaczyna druga. To nie scena przed bitwą ani po niej. To sam jej środek, moment najgęstszy, kiedy wszystko dzieje się naraz. Wojownicy w hełmach tłoczą się na pokładach, jedni z uniesionymi tarczami, inni wychyleni do ciosu. Ceramika ma barwę spłowiałej terakoty, miejscami spierzchniętą i poznaczoną siatką drobnych pęknięć. Najwyraźniej glina źle znosi mazowieckie zimy.

W centrum stoi człowiek, ku któremu ciągnie cała kompozycja. Uniósł ręce wysoko, w jednej miecz, w drugiej tarcza, ciało wygięte w geście rozpiętym między triumfem a upadkiem. W piersi, po stronie serca, tkwi strzała. Później doczytałem, że to Olaf, król Norwegów, w sekundzie własnej śmierci. Majkowski wybrał najtrudniejszy do uchwycenia moment, tę jedną sekundę przejścia, gdy bohater jeszcze stoi, a już go nie ma. Dokoła rytm się rwie. Jedni walczą dalej, jakby nic nie widzieli, inni zwracają się w jego stronę.

Jest na płycie i kobieta, wysoko, na jednym z okrętów, z dala od męskiego zgiełku. To Świętosława, o której jeszcze będzie mowa, bo jej obecność tutaj jest tropem prowadzącym wprost do sedna zagadki. Reszta to morze i żelazo. Fale rzeźbione grzebieniasto, niemal jak w słynnej japońskiej Wielkiej Fali w Kanagawie mistrza Hokusaia, dzioby drakkarów zadarte ku górze, las wioseł i włóczni. Kompozycja jest zręczna. Oko wchodzi od brzegu, przez gąszcz walki, i nieuchronnie trafia do środka, do unoszącego ręce króla. Wszystko prowadzi do jego śmierci, bo o jego śmierci ta płyta opowiada.

Pod spodem jest napis i to on zamienia ładną batalistyczną scenę w zagadkę. Brzmi:
„Śmierć Olafa Tryggvasona króla Norwegów w bitwie pod Zwłodziem z Bolesławem Chrobrym królem Polaków, Svenem królem Dunów i Erykiem królem Szwedów. 1000 lat Państwa Polskiego”.
Czytam to drugi raz i trzeci. Bolesław Chrobry. Król Polaków. W bitwie morskiej. Z wikingami. Coś tu zgrzyta, i zgrzyta na kilku poziomach naraz.


Król znad fiordów
Żeby zrozumieć, kto umiera na przasnyskiej płycie, trzeba cofnąć się o tysiąc lat i przenieść kilkaset kilometrów na północ. Olaf Tryggvason urodził się gdzieś w latach sześćdziesiątych dziesiątego wieku, w rodzie wywodzonym przez późniejsze sagi od Haralda Pięknowłosego, pierwszego zjednoczyciela Norwegii. Dzieciństwo miał sagowe w najgorszym sensie: ucieczka, wygnanie, niewola u obcych. Dorastał na Rusi, łupił wybrzeża Bałtyku i Anglii, zdążył być typowym wikińskim wodzem, zanim przyjął chrzest i wrócił do Norwegii po koronę. Wziął niejeden srebrny okup od Anglosasów i spalił niejedną wioskę, nim nowa wiara wmieszała mu się w politykę.

Panował krótko, od 995 do 1000 roku, i panował twardo. Chrystianizację swojego kraju prowadził metodami, dla których dziś mamy słowo „terror”. Opornych możnych łamał torturami, palił pogańskie świątynie, stawiał ludzi przed wyborem między chrztem a śmiercią. Nie był łagodnym apostołem. Był wojownikiem, a nowy Bóg okazał się dla niego też wygodnym narzędziem władzy. Warto to trzymać w głowie, bo pomnik niczego takiego nie pokazuje. Pokazuje bohaterską śmierć. Tymczasem człowiek umierający na ceramicznej płycie sam wcześniej rozdawał śmierć aż nazbyt hojnie.

Tu pierwsza rzecz, na której łatwo się potknąć. Olaf Tryggvason bywa mylony ze świętym Olafem, patronem Norwegii. To dwie różne osoby. Święty to Olaf II Haraldsson, poległy pod Stiklestad trzydzieści lat później. Nasz Olaf, ten ze strzałą w piersi, świętym nie został nigdy. Drobiazg, a pokazuje, jak łatwo postacie z tej epoki zlewają się w jedną figurę, ulepioną bardziej z legendy niż z faktu. Zapamiętajmy to, bo za chwilę zobaczymy takie lepienie na znacznie większą skalę.

Zasadzka w cieśninie
Koniec przyszedł we wrześniu roku tysięcznego, choć część badaczy obstaje przy 999. Olaf wracał z wyprawy na słowiańskie wybrzeże, z krainy nazywanej w sagach Wendlandią, z okolic ujścia Odry, gdzie w warowni Jomsborg wikingowie siedzieli okrakiem na handlu i rozboju. W cieśninie czekała zasadzka. Sprzymierzyli się przeciw niemu wszyscy mający z nim porachunki: Swen Widłobrody, król Danii, Olof Skötkonung, król Szwecji, oraz Eirik, norweski jarl i pretendent, syn możnego strąconego niegdyś przez Olafa.

Gdzie dokładnie rozegrała się bitwa, nie wiadomo do dziś. Jedni wskazują najwęższe miejsce cieśniny Sund koło wyspy Ven, inni Zatokę Greifswaldzką u wybrzeży Rugii. Pewne jest co innego. Flota koalicji była kilkakrotnie liczniejsza, ale złożona z mniejszych jednostek, podczas gdy Olaf miał kilka wielkich okrętów, z królewskim „Długim Wężem” na czele. Norweski król popełnił błąd typowy dla dumnego wodza. Zamiast przebić się przez blokadę, co dałoby się nazwać ucieczką, kazał powiązać swoje okręty dziobami i rufami w jedną linię i przyjąć bitwę. Tym samym odebrał sobie ruch. Jego flota zmieniła się w nieruchomą twierdzę, którą zwrotne łodzie wroga mogły obchodzić ze wszystkich stron.

Do klęski dołożyła się zdrada. Jomswiking Sigvaldi, początkowo po stronie Olafa, w decydującej chwili wycofał swoich ludzi i przeszedł do wroga. Bardzo to przypomina historię sengoku, gdzie takie lawirowanie między lojalnościami wobec poszczególnych daimyō było praktycznie osią wojny aż do samego końca, do Sekigahary. Wracając do naszych wikingów – reszta była już tylko kwestią czasu. Kiedy pokład „Długiego Węża” spłynął krwią, a nieprzyjaciel wdzierał się na rufę, Olaf skoczył za burtę w pełnej zbroi i zniknął pod wodą. Ciała nigdy nie odnaleziono, więc niemal natychmiast narodziła się opowieść, że król przeżył, że wynurzył się gdzie indziej, że pielgrzymuje gdzieś po świecie. Tak zaczyna się każda dobra legenda, od ciała, którego nie znaleziono.

To jest twardy rdzeń wydarzenia. Trzech władców Północy, zdrada sojusznika, król topiący się we wrześniowej wodzie. Sagi rozpisały potem tę śmierć na dziesiątki strof, dorobiły jej cudowne ocalenia i pokutne pielgrzymki na koniec świata, ale rdzeń pozostał ten sam. Zwróćmy uwagę na jedno nazwisko, którego w tym wszystkim nie ma. Nie ma Bolesława Chrobrego.


Gdzie w tym wszystkim Polska
Szukam Polski pod Svolder i jej nie znajduję. Żadne źródło z epoki, żadna saga, żadna kronika, nie wspomina o polskiej flocie ani o królu Polaków na pokładzie. Pod tym względem napis na przasnyskim pomniku po prostu zmyśla. Co nie znaczy, że zmyśla z niczego. Polski wątek tej bitwy istnieje, tylko jest cienki jak okinawskie letnie kimono z włókien bananowca.

Pierwsze włókno to Jomsborg. Słowiańskie grody u ujścia Odry, Wolin i okolice, bywały w tej epoce powiązane z Piastami, a jomswikinga Sigvaldiego część dawnej literatury przedstawiała jako lennika Bolesława Chrobrego. Stąd pokusa, by jego okręty dopisać do polskiego rachunku. Drugie włókno to sama trasa Olafa, wracającego z Wendlandii, z ziem słowiańskich, co w narodowej wyobraźni łatwo zmienia się w wyprawę przeciw Polsce. Trzecie włókno, najgrubsze i najbarwniejsze, to kobieta z pomnika.

Świętosława. Albo Sygryda Storråda, bo pod tym skandynawskim imieniem znają ją sagi. Tradycja czyni ją córką Mieszka I i siostrą Bolesława Chrobrego, wydaną najpierw za króla Szwecji, potem za Swena Widłobrodego, matką Kanuta Wielkiego, władcy imperium na Morzu Północnym. To ona, podjudzając kolejnych mężów, miała utkać sojusz, w którym zginął Olaf. Sagi nadały jej przydomek Storråda, dumna, mocna w słowach. Krąży o niej opowieść, że niewygodnych zalotników zaprosiła na ucztę, a potem spaliła żywcem w łaźni, by raz na zawsze odstraszyć resztę. Postać rodem z mrocznej ballady. Piękna opowieść o Piastównie pociągającej za sznurki północnej polityki. Kłopot w tym, że niemal nic z niej nie da się obronić.

Polskie źródła milczą o córce Mieszka zupełnie. Skandynawskie plączą imiona i osoby tak, że historycy do dziś spierają się, czy Świętosława w ogóle istniała jako jedna kobieta, czy też zlepiono ją z kilku różnych postaci. Coraz więcej badaczy skłania się ku wersji, w której „matka królów” to twór późniejszej, megalomańskiej legendy.

Zatrzymajmy się przy tym na chwilę, bo to ładny paradoks. Polski wątek bitwy pod Svolder, ten dający Przasnyszowi pomnik, biegnie przez kobietę o niepewnej polskości, której istnienia nie potwierdza żaden polski dokument. Cała konstrukcja stoi na postaci na wpół legendarnej. To nie jest fundament, to są mgliste marzenia. A mimo to ktoś zbudował na niej sześć metrów ceramiki.

Jak powstało Zwłodzie
Skąd więc Bolesław Chrobry na płycie w przasnyskim parku? Z książki. Konkretnie z trzytomowej powieści Władysława Jana Grabskiego „Saga o jarlu Broniszu”, jednej z ciekawszych polskich powieści historycznych, dziś trochę zapomnianej. Trzy tomy, od „Zrękowin w Uppsali”, przez „Śladem wikingów”, po „Rok Tysiączny”.

Sam Grabski to postać na osobny esej. Syn Władysława Grabskiego, premiera i twórcy reformy walutowej. Pisarz, bibliofil, fotograf, w czasie wojny żołnierz Armii Krajowej o pseudonimie „Doktor Paweł”. Swoją sagę zaczął jeszcze przed wojną, a dokończył pod okupacją. Książkę wydał tuż po wojnie, w drugiej połowie lat czterdziestych. Bohaterem uczynił jarla Bronisza, słowiańskiego rycerza w służbie Chrobrego, i przez jego oczy pokazał świat ujścia Odry, Jomsborga i wielkiej polityki roku tysięcznego. To powieść, nie kronika, i Grabski wcale tego nie ukrywał. Nazywał swoje dzieło powieścią-legendą. Bałtycką bitwę umieścił w miejscu, któremu nadał spolszczoną, wymyśloną nazwę, Zwłodzie. Svolder przerobiony na polski, jakby zawsze tak brzmiał.

Tu rodzi się polski Chrobry walczący z wikingami. Nie w kronice, lecz w wyobraźni pisarza szukającego pod okupacją obrazu silnej, dumnej, morskiej Polski. Można to zrozumieć. Człowiek piszący w okupowanej Warszawie ma prawo marzyć o Polsce, która wysyła floty i decyduje o losach Północy. Literatura ma do takich marzeń pełne prawo, na tym polega. Zgrzyt zaczyna się dopiero wtedy, gdy marzenie wychodzi z książki i każe odlać się w glinie jako fakt.

Czeka tu najlepsza ironia całej historii. Grabskiego, żołnierza podziemia, władza ludowa po wojnie szykanowała. Inwigilowała go bezpieka, wykluczono go ze Związku Literatów Polskich, zdrowie podupadło. A mimo to ta sama władza, dwadzieścia lat później, jego literacką fikcję uczyniła trwałym pomnikiem. Komunistyczne państwo prześladowało autora i jednocześnie uwieczniło jego zmyślenie. Dorzućmy do tego jeszcze jeden szczegół. W 1949 roku jego pisarstwo nagrodził Episkopat, a więc Kościół, podczas gdy świeckie państwo dopiero szykowało się, by tę samą fikcję wpisać w swoją antykościelną rocznicę. Historia bywa złośliwa w sposób, na jaki żaden powieściopisarz by się nie odważył.


Człowiek, który odlewał pamięć miasta
Zmyślenie potrzebowało jeszcze rąk, które nadadzą mu kształt. Te ręce należały do Edmunda Majkowskiego.

Urodził się w Przasnyszu w 1929 roku, skończył warszawską Akademię Sztuk Pięknych, osiadł w Józefowie pod stolicą i całe życie rzeźbił historię. Specjalizował się w batalistyce, pracował w kamionce, sztucznym kamieniu i brązie, a jego prace trafiły do miejsc, jakich człowiek by się nie spodziewał, do petersburskiego Ermitażu i moskiewskiej Galerii Tretiakowskiej. Zmarł w 2009 roku, kilka miesięcy po tym, jak rodzinne miasto nadało mu tytuł Honorowego Obywatela.

W Przasnyszu zostawił więcej niż jeden ślad. Jego dłuta jest pomnik Nadania Praw Miejskich, płaskorzeźby na gmachu Starostwa i na Domu Rzemiosła, Pomnik Niepodległości. Można powiedzieć bez przesady, że spora część tego, jak miasto pamięta samo siebie w kamieniu i ceramice, wyszła z jednej pracowni. Jego prywatny temat, batalistyka i historia, nałożył się na zapotrzebowanie miasta na pomniki. „Bitwa pod Zwłodziem” była owocem tego spotkania.

Przy okazji warto rozplątać drobny węzeł, bo dwa przasnyskie monumenty tysiąclecia bywają mylone. W parku stoi ceramiczna bitwa, o której tu mowa. Na Rynku stoi osobny obelisk z 1962 roku, z kilkunastoma płytami przedstawiającymi sceny z dziejów Polski, również dłuta Majkowskiego, ale to inny obiekt i inna rocznica. Mówimy o tym pierwszym, o wikingach w parku.

Majkowski szedł za Grabskim, nie poszedł jednak za nim niewolniczo. Świętosławę, u pisarza będącą raczej zjawą niż osobą, rzeźbiarz postawił żywą na pokładzie. Dorzucił też coś od siebie, czego nie zamierzał – błąd. Napis na pomniku nazywa króla Szwedów Erykiem, podczas gdy panował wtedy Olof Skötkonung. Eryk to pewnie pomyłka z Erykiem Zwycięskim, ojcem Olofa, albo z norweskim jarlem Eirikiem. Drobna rzecz, a wymowna. Na literacką fikcję nałożyła się jeszcze faktograficzna omyłka, i tak razem utrwaliły się w glinie na dekady. Pomnik kłamie podwójnie, raz z premedytacją poety, raz przez niewiedzę rzeźbiarza.

Pierwsza wersja płyty, z lat sześćdziesiątych, była źle zabezpieczona i z czasem rozsypała się pod deszczem. Pod koniec życia, około 2007 roku, sam Majkowski miał odtworzyć swoje przasnyskie dzieła, choć tę datę trzeba traktować ostrożnie. Nowa „Bitwa” jest nieco dłuższa od pierwowzoru i pozbawiona dawnych złoceń. A w 2012 roku, w trzecią rocznicę śmierci rzeźbiarza, miasto postawiło obok niej ławeczkę z jego podobizną. Edmund Majkowski siedzi dziś w brązie kilka kroków od własnej bitwy i na nią patrzy. Trudno o lepszy obraz artysty związanego ze swoim dziełem i ze swoim miastem.


Dlaczego akurat w 1966 roku
Zostaje ostatnie pytanie, może najważniejsze. Dlaczego ten pomnik w ogóle powstał i dlaczego właśnie wtedy. Odpowiedź nazywa się rok 1966.
Był to rok podwójnej okrągłej rocznicy. Tysiąc lat wcześniej, w 966, Mieszko I przyjął chrzest. Dla Kościoła oznaczało to Milenium Chrztu Polski, wielką religijną uroczystość przygotowywaną przez lata. Prymas Wyszyński prowadził naród przez Wielką Nowennę, dziewięć lat duchowych przygotowań, a ich kulminacja miała przyjść na Jasnej Górze. Dla władzy ludowej rok 966 był niewygodny, bo trącił krzyżem, więc Gomułka i jego ekipa postawili obok własną rocznicę, świecką, Tysiąclecie Państwa Polskiego. Liczył się nie chrzest, lecz państwo. Nie Mieszko klękający przed biskupem, lecz Mieszko budujący kraj. Dwie narracje stanęły naprzeciw siebie i przez cały 1966 rok biły się o, jak to wtedy nazywano, rząd dusz.

Państwowe tysiąclecie było machiną. Budowano „tysiąclatki”, tysiąc szkół na tysiąclecie, sypano pieniądze na historię i archeologię, urządzano akademie i defilady. Słynna Defilada Tysiąclecia w Warszawie przepuściła przed trybuną przebierańców w zbrojach, wojów Chrobrego, rycerzy spod Grunwaldu, husarię. Przekaz był prosty. Polska to nie chrzest i biskupi, Polska to tysiąc lat silnego państwa, a Polska Ludowa jest tego państwa zwieńczeniem.

I tu wszystko wreszcie się składa. Pomnik w przasnyskim parku jest małym trybikiem tej wielkiej machiny. Sięga po rok tysięczny, nie po 966, po państwo, nie po chrzest. Pokazuje Polskę Chrobrego jako potęgę bałtycką, mocarstwo decydujące o losach Północy. Dokładnie taki obraz Polski był władzy potrzebny, a gotowy wzór leżał już w powieści Grabskiego. Wystarczyło wziąć literacką wizję dumnej, morskiej Polski i odlać ją w ceramice na chwałę tysiąclecia państwa. Że wizja była zmyślona, nikomu specjalnie nie przeszkadzało. Przeciwnie, zmyślenie było wygodniejsze od faktu, bo fakt mówił, że Polski pod Svolder nie było.

Można by w tym miejscu uderzyć w ton demaskatorski, pokazać palcem propagandę i na tym poprzestać. Tyle że to akurat najmniej ciekawa część tej historii, a przasnyszanie i bez mojego przypominania wiedzą, w jakim ustroju ich pomnik powstał. Ciekawsze jest coś innego, coś, co zostaje, gdy propaganda dawno wyblakła.

Drogi pamięci
Stoję więc znów przed tą płytą, tym razem wiedząc już wszystko. Wiem, że bitwa była, ale nie taka. Że Polski w niej nie było. Że Świętosława to na wpół mit. Że Chrobry pojawił się tu z powieści, a powieść z tęsknoty człowieka piszącego pod okupacją. Że rok 1966 potrzebował dumnego obrazu i wziął pierwszy, jaki był pod ręką. Wiem, że to wszystko nieprawda. I patrzę na to z czułością.

Bo z tej całej historii wyłania się rzecz prawdziwsza niż jakikolwiek fakt o bitwie. Oto literackie zmyślenie, urodzone w jednej głowie, stwardniało w ceramikę, a ceramika z czasem wrosła w miasto. Dzieci przechodzące tędy dowiadują się, jeśli ktokolwiek zwróci ich uwagę na pomnik, że u nas w parku są wikingowie. Pomnik stał się częścią tego, czym Przasnysz jest dla samego siebie. Mit nie potrzebował być prawdziwy, żeby stać się rzeczywisty.

Tak właśnie działa pamięć, nie tylko tutaj. Rzadko bywa archiwum faktów. Częściej jest stosem opowieści, które uznaliśmy za swoje, bo były piękne, wygodne albo akurat na czasie. Naród, miasto, rodzina, każde z nich nosi w sobie takie pomieszanie zmyśleń z faktem. Pod większością pomników, świąt i legend leży podobna warstwa, zmyślenie komuś potrzebne, z czasem obrośnięte kamieniem. Przasnyski pomnik jest tylko wyjątkowo szczery, bo da się w nim odczytać każdy szew tej fikcji. Da się w nim zobaczyć poetę, rzeźbiarza i rok z jego potrzebami. Inne nasze pamięci są zszyte staranniej i dlatego trudniej w nich dostrzec, gdzie kończy się fakt, a zaczyna narracja.

Mój dwuipółlatek nic z tego jeszcze nie wie. Dla niego to po prostu duży kolorowy obrazek z parku, z panami w hełmach i łódkami. Kiedyś, jeśli go to zainteresuje, opowiem mu resztę. Powiem, że ten król naprawdę żył i naprawdę utonął, ale setki kilometrów stąd, że Polski tam nie było, że wikingów do Przasnysza przywiózł pisarz, a postawił rzeźbiarz. A potem dodam, że to wcale nie czyni pomnika mniej naszym. Przeciwnie. Niewiele rzeczy jest tak ludzkich jak opowieść, w którą zaczęliśmy wierzyć, bo była piękniejsza od prawdy. Stoi w naszym parku, nad Węgierką, kawał morza w mieście, gdzie morza się nie widuje. I dobrze, że stoi.
ŹRÓDŁA
- Władysław Jan Grabski, Saga o jarlu Broniszu, t. 1-3, Warszawa 1946-1948.
- Bartłomiej Noszczak, Antymilenium. Konflikt państwa z Kościołem na tle obchodów tysiąclecia chrztu Polski (1956-1966/1967), Warszawa 2002.
- Bitwa morska pod Svold, Wikipedia, pl.wikipedia.org.
- Piotr Giergon, Przasnysz – Pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego, sztuka.net (karta obiektu z pełnym napisem pomnika).
- Edmund Majkowski, biogram i nekrolog, Urząd Miasta Przasnysz; Wikipedia.
- Obchody milenium chrztu i tysiąclecia państwa (1956-1966/1967), Instytut Pamięci Narodowej, ipn.gov.pl.
- Sygryda Storråda (Świętosława), Wikipedia, pl.wikipedia.org.

