O autorze

O mojej wędrówce

Przybyłem z daleka, postanowiłem zostać i posłuchać – szeptu opowieści ziemi przasnyskiej

Nazywam się Michał Sobieraj. Piszę – to chyba najkrótsza prawda, jaką potrafię o sobie powiedzieć. Od lat piszę o Japonii, a teraz spróbuję pisania o Przasnyszu, a tak naprawdę przez cały czas piszę o jednym i tym samym: o ludziach, którzy żyli przed nami, i o tym, że byli równie prawdziwi jak my, choć dziwnie czasem o tym zapominamy.

Zanim trafiłem na Mazowsze, spędziłem sporą część życia w Azji. Mieszkałem w Korei i w Japonii, studiowałem koreanistykę i psychologię na poznańskim uniwersytecie, przez lata zgłębiałem japońską historię, sztukę ukiyo-e i szerzej – filozofię. Ale to nie język był najważniejszy. Najważniejsze było to, ku czemu język był tylko drzwiami: cudza pamięć, cudza tęsknota, cudzy sposób układania świata w opowieść. Móc spojrzeć na świat oczami kogoś innego, to jakby zobaczyć inny świat. Otwartość w poznawaniu historii zatem – to brama do niezliczonej ilości światów.

Kochałem i wiem teraz, skąd się rodzą pieśni;
Widziałem konających w nadziejnej otusze
I kobiety przy studniach brzemienne, jak grusze;
Szedłem przez pola żniwne i mogilne kopce,
Żyłem i z rzeczy ludzkich nic nie jest mi obce.

Leopold Staff, „Przedśpiew”
z tomu Gałąź kwitnąca, 1908

Co dało mi piętnaście lat z Japonią

Prowadzę ukiyo-japan.pl, jeden z większych polskojęzycznych serwisów o kulturze, historii, filozofii i sztuce Japonii. Setki esejów, każdego tygodnia, od lat. Po drodze pisałem i wydawałem też książki, np. „Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz”, „Silne kobiety Japonii” oraz serię albumów o sztuce ukiyo-e, z reprodukcjami drzeworytów i moimi analizami pojedynczych dzieł. Piszę o yokai i o samurajach, o mistrzach drzeworytu i o kobietach trzymających w dłoniach naginatę, o tym, jak Japończycy oswoili pustkę i przemijanie.

Nigdy nie pisałem turystycznie. Kocham ten kraj podobnie, jak i kocham Polskę (choć to dwie zupełnie różne miłości), ale widzę też jego cienie – okrucieństwo epoki wojen, los kobiet z Yoshiwary, współczesne karoshi i wiele innych. Japonia jest dla mnie piękna nie dlatego, że idealna, lecz dlatego, że nawet w swoim okrucieństwie zachowała coś, co my w Europie z trudem odzyskujemy: zgodę na to, że świat jest ulotny, i spokój wobec tej ulotności.

Przez te wszystkie lata nauczyłem się jednej rzeczy, która okazała się ważniejsza niż jakikolwiek wyuczony fakt z japońskiej historii. Nauczyłem się patrzeć na przeszłość jak na coś żywego. Drzeworyt sprzed dwustu lat, legenda o lisicy, wiersz napisany na polu dawnej bitwy – to nie są eksponaty za szybą. To są ślady ludzi, którzy bali się, pożądali, tracili i kochali tak samo mocno jak my. Japonia nauczyła mnie widzieć w starych rzeczach puls.

Powrót do Polski i nieoczekiwane odkrycie

A potem wróciłem. Najpierw do Polski, parę lat w Ciechanowie, a następnie do Przasnysza, gdzie z żoną i dwoma małymi synkami mamy teraz nasz dom. I stała się rzecz, której się nie spodziewałem.

Okazało się, że ćwiczenie robione przez piętnaście lat na cudzej historii da się wykonać również tu, u siebie. Tę samą uwagę, którą wkłada się w czytanie japońskiego pejzażu, warto też skierować na łąkę za miastem, na wolnostojącą gotycką dzwonnicę, na kopiec, o którym miejscowi mówią, że leży w nim skarb. Przyjechałem tu jako obcy – i właśnie dlatego zobaczyłem to, czego czasem żyjąc długo w jednym miejscu potrafimy nie zauważać.

Bo Przasnysz, te siedemnaście tysięcy ludzi na skraju Mazowsza, ma pod sobą warstwy, o których łatwo jest nie pamiętać. Cmentarzysko sprzed trzech tysięcy lat. Garnek z symbolem słońca wyrytym dwa tysiące lat temu. Bitwę, gdzie zginęło ponad sto tysięcy ludzi, a historia nazwała ją mazowieckim Verdun. Okrucieństwa i skandale, inspiracje i szlachetne czyny. Tego się nie da odziedziczyć przez urodzenie. To trzeba odkryć – a ja akurat lubię wertować strony starych książek.

Dlaczego ta strona istnieje

Tu dochodzę do rzeczy najważniejszej, czym w swoim założeniu są „Ścieżki Przasnysza”.

Historia bywa skansenem. Wiernym, starannym, pełnym szacunku – i martwym. Zamrożona za szybą gablota, tablica z datą, pomnik, koło którego przechodzi się bez spojrzenia. Wszystko na swoim miejscu, opisane i zakonserwowane, i właśnie dlatego nieżywe. Skansen niczego od nas nie chce. Można go zwiedzić w godzinę i zapomnieć przy obiedzie.

Mnie taka historia nie wystarcza. Chcę, żeby pulsowała. Popatrz, co zrobili Japończycy: wzięli swoich samurajów, ninja, duchy i demony, całą tę dawną, brutalną, skomplikowaną przeszłość – i tchnęli w nią tyle życia, że dziś dzieciak w Brazylii czy w Polsce wie, kim był shinobi, a o bitwie pod Sekigaharą powstają gry, filmy i komiksy na całym świecie. Nie zrobili z własnej historii skansenu. Zrobili z niej żywą opowieść, która oddycha i podróżuje przez świat. Jasne, na taką skalę istnieje realne zagrożenie zafałszowań i przeinaczeń. Trzeba bronić prawdy historycznej, nie pozwolić, by to, co chcemy usłyszeć, blokowało nam dostęp do prawdy – nawet jeśli ta miałaby się nam nie spodobać. Ale przyznasz chyba, że nawet przy takich zagrożeniach – lepsza jest żywa, porywająca historia, której trzeba bronić, niż martwa i nudna, której i tak nikt nie zna, więc i jej nie przeinacza.

Moje ambicje są oczywiście znacznie skromniejsze niż globalne dokonania japońskiej popkultury. Nie zamierzam eksportować Przasnysza na inne kontynenty. Ale ta sama zasada da się przyłożyć do małego mazowieckiego miasta.

Poznawanie historii to poznawanie prawdziwych żyć. Nie dat i nie bitew – żyć. Dwa tysiące lat temu, na piaszczystej terasie nad Węgierką, ktoś rozpalił stos pogrzebowy i dołożył do prochów bliskiego paciorek z bursztynu – tego samego, który wędrował stąd na południe, długą drogą ku rzymskim miastom, gdzie zdobił szyje ludzi mówiących w żywej łacinie. Ziemia przasnyska leżała na skraju tamtego świata, ale nie poza nim. Tysiąc lat później, gdy Rzym był już tylko legendą, na tych samych skarpach stała garstka chat, a wokół ciągnęła się głucha puszcza pogranicza – bez grodu, bez murów, z ciszą, gdzie słychać było tylko siekierę i bydło. Spróbuj to poczuć. Zimno izby o świcie, dym lepiący się do strzechy, lęk przed tym, co czai się za rzeką – i tę ulgę pierwszego ciepłego dnia po długiej zimie. Tamci ludzie nie byli tłem dla naszej historii. Byli jej bohaterami, każdy z osobna, choć imion większości nie poznamy już nigdy. A przecież, gdy staję na ich ziemi, mam wrażenie, że na chwilę widzę świat ich oczami.

O to mi chodzi. Żeby przeszłość przestała być zbiorem dat i zaczęła być konkretnymi twarzami. To będzie celem tej strony.

梨さくや戦のあとの崩れ家

nashi saku ya / ikusa no ato no / kuzure-ie

Grusza zakwitła –
a obok walący się dom
na dawnym pobojowisku.

Masaoka Shiki, koniec XIX w.

Czym są Ścieżki Przasnysza

Trzymam się przy tym kilku zasad, które wyniosłem z lat pisania o Japonii.

Po pierwsze, prawda przed efektem. Daję się porwać legendzie, lubię barwę podania i magię miejsca, ale na końcu jestem po stronie faktu. Kiedy źródła mówią co innego niż ładna opowieść, piszę, co mówią źródła. Nie sprzedam pięknego kłamstwa tylko dlatego, że lepiej się czyta. Ale nie martwi mnie to, bo wiem, że zazwyczaj prawda jest o wiele ciekawsza i bardziej złożona niż nawet najbujniejsze kłamstwa. O to jestem spokojny.

Michał Sobieraj z synem Oktawianem
Michał z synem Oktawianem

Po drugie, konkret przed ogólnikiem. Wolę jedną datę, jedno nazwisko i jeden zapach dymu z komina niż akapit okrągłych zdań o tym, że „dawniej życie było trudne”. Diabeł, a właściwie człowiek, mieszka w szczególe.

Po trzecie – i to chyba najważniejsze – jestem tu nowy. Nie urodziłem się w Przasnyszu, nie znam go od podszewki, dopiero się go uczę. Ta strona nie jest mądrością kogoś, kto doszedł do mety i teraz z góry obwieszcza prawdy. Jest zapisem wędrówki. Idę ścieżką, zatrzymuję się przy tym, co mnie zastanowi, pochylam się, oglądam, sprawdzam w źródłach i opowiadam, co znalazłem. Czasem się pomylę, czasem czegoś nie dojrzę – wtedy popraw mnie proszę w komentarzu – jeśli mnie nauczysz czegoś o prawdzie, choćby to był najmniejszy szczegół – z wdzięcznością porzucę moje dotychczasowe przekonania w tym temacie. Jak wspomniałem – nie jestem u celu, jestem w trakcie, w drodze.

Mety zresztą nie ma. Nikt nie pozna do końca historii jednego choćby miasta, nie mówiąc o całej ziemi. I bardzo dobrze. Bo nie meta jest celem, tylko sama wędrówka. Stąd „Ścieżki” – w liczbie mnogiej, bo dróg jest wiele i żadna nie prowadzi do „końca”.

Hiroshige po wielkim trzęsieniu ziemi w Edo napisał w liście, że katastrofa nauczyła go doceniać spokojne poranki. Przasnysz dostarcza mi takich poranków pod dostatkiem. Wstaję przed świtem, trenuję lub jeżdżę rowerem, parzę herbatę, otwieram stare mapy i nowe książki, i idę dalej tą ścieżką.

Jestem Ci wdzięczny, jeśli zechcesz przejść ze mną jakiś kawałek tej drogi.

Michał Sobieraj