Pół tysiąca lat w cegłach przasnyskiej dzwonnicy, cichego świadka naszego przemijania

Wieczorny spacer
Pod wieczór, wracając powolnym krokiem do domu, mijałem farę i pierwszy raz zatrzymałem się przy stojącej obok wieży. Widziałem ją wcześniej, odkąd przeprowadziłem się do Przasnysza, pewnie dziesiątki razy, nie patrząc. Tym razem światło padało płasko, z boku, i wydobyło z ceglanej ściany coś, czego dotąd nie zauważałem. W dolnej części muru układały się ciemne romby, prawie czarne, regularne, wpisane w czerwień cegły. Wyżej wieża zwężała się w schodkowy szczyt, ostry na tle gasnącego nieba. Cegła w tym świetle wyglądała ciepło, jakby przez cały dzień zbierała w sobie słońce i teraz oddawała je z powrotem. Wieczorne powietrze pachniało spokojem dogasającego dnia i wilgocią znad rzeki, a za mną szumiało miasto, dźwięki, które jakby się o ten mur rozbijały i cichły.

Wiedziałem o niej tyle, ile wie ktoś, kto dopiero zaczyna stawać się przasnyszaninem. Że to stara dzwonnica, że jej sylwetka wraca na grafikach, drukach i zdjęciach, którymi miasto podpisuje się na zewnątrz. Poza tym nic. A ona stała tu, przy tej samej ścianie, od pół tysiąca lat. Widziała miasto palące się kilka razy do gołej ziemi. Przetrzymała front przechodzący tędy w 1915 roku tam i z powrotem, gdy dokoła wybuchały pociski, a nawa sąsiedniego kościoła osuwała się od ostrzału. W środku, wysoko i ciemno, kryła kamienną gwiazdę, niewidoczną z ulicy do dziś. Ja mijałem to wszystko jak plamę na drodze do domu. Znałem kształt, nie znałem treści.

Wróciłem do domu i zacząłem czytać. Karty rejestru, opracowania architektoniczne, dawne opisy miasta, relacje z wojny. Zajęło mi to tygodnie, ale w międzyczasie wracałem pod wieżę, żeby sprawdzić na murze to, co znalazłem na papierze. I stała się rzecz prosta, a dziwna. Budynek przestał być tłem. Okazało się, że pod jedną spokojną sylwetką leży więcej dat, warstw i ludzkich losów, niż umiałem sobie wyobrazić, i że mur potrafi być wierniejszym świadkiem niż papier, bo papier płonie, a cegła zostaje. Pół tysiąca lat jest dla nas liczbą nie do udźwignięcia, a dla tej wieży to po prostu życie, które trwa dalej. Ten esej jest zapisem tamtych wieczorów, po których zwykła dzwonnica przy drodze przestała być dla mnie zwykła.

Skąd się wzięła
Historia budowy jest nieźle udokumentowana, bo to najstarszy zachowany zabytek miasta. Parafię w Przasnyszu założono na początku XV wieku. Pierwszy kościół, pod wezwaniem świętego Wojciecha, konsekrował w 1408 roku biskup płocki Jakub z Korzkwi. Był zapewne drewniany i spłonął w 1470. Murowaną świątynię, tę, którą oglądamy dziś, zaczęto wznosić w 1474 roku z fundacji miejscowego plebana i płockiego kanonika Michała Bończa-Bonieckiego. Robotę rozpoczęto od prezbiterium, poświęconego około 1489 roku przez biskupa Piotra z Chodkowa.

Trzeba przy tym uważać, żeby nie pomylić kościołów. Przasnysz ma dwie stare świątynie. Ta, o której mowa, to fara pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, najstarsza w mieście, z wolnostojącą dzwonnicą. Drugą, kościół świętego Jakuba i Anny przy dawnym klasztorze bernardynów, wzniesiono ponad sto lat później i uchodzi za jeden z ostatnich gotyckich kościołów w Polsce. To osobna budowla i osobna historia. Nasza wieża należy do fary.

Kolejność budowy nie była przypadkowa. Zaczynano od prezbiterium, bo to tam stoi ołtarz. Gdy prezbiterium było gotowe i poświęcone, można było odprawiać msze, podczas gdy dalej, ku zachodowi, rosła nawa i wieża. Świątynię wznoszono więc od wschodu, tak jak zwrócony jest jej plan, prezbiterium na wschód, ku wschodzącemu słońcu. To zwyczaj stary, starszy niż samo chrześcijańskie budownictwo.
Dopiero potem, pod koniec XV wieku, dostawiono nawę i dwie dolne kondygnacje wieży. Trzecią, najwyższą, dobudowano na początku XVI stulecia, razem z zachodnią kruchtą i dwiema bocznymi kaplicami. Północną ufundował cech krawców, południową Jan Kostka z pobliskiego Rostkowa. W tej samej rodzinie i w tym samym kościele ochrzczono w 1550 roku Stanisława Kostkę, późniejszego świętego, ale to inna opowieść, dużo późniejsza od murów. Dzwonnica jest kilka lat młodsza od prezbiterium i mniej więcej równolatką nawy.
W drugiej połowie XV wieku Przasnysz rósł. Leżał na szlakach handlowych północnego Mazowsza, miał cechy rzemieślnicze i kupiecki rynek, a niedługo później był jednym z ważniejszych ośrodków rzemiosła i handlu w okolicy. Murowana fara z cegły, kaplice fundowane przez cech i przez ród, wieża z rombowym deseniem, to nie kaprys, tylko miara zamożności miasta, na taki gest stać było ludzi rosnących w siłę. Budowla jest świadectwem koniunktury.

Fara to dawne słowo na główny kościół parafialny miasta, ten przy rynku, najważniejszy, wokół którego obracało się życie mieszczan, nie tylko religijne. Przy nim chrzczono, grzebano, spisywano akta, ogłaszano wyroki. Dzwonnica przy farze należała więc nie tylko do parafii, ale i do miasta jako wspólnoty. W dawnym Przasnyszu była punktem odniesienia dla wszystkich.
Do rejestru zabytków wpisano cały zespół w grudniu 1958 roku, pod numerem A-383, samą dzwonnicę datując ostrożnie na przełom XV i XVI wieku. I tu jest pierwsza rzecz, która nie rzuca się w oczy z ulicy. Kościół nie ma własnej wieży. Jest jednonawowy, ceglany, zamknięty od wschodu prezbiterium, i nigdzie nie wyrasta z niego wysoka wieża, jakiej spodziewalibyśmy się w większym mieście. Rolę wieży pełni dzwonnica, postawiona obok.

To nie przasnyski wynalazek. Sporo mazowieckich kościołów gotyckich stawiano jako bezwieżowe, a dzwony wieszano w osobnych dzwonnicach albo w skromnych wieżyczkach. Osobna wieża wygląda dziś na wyróżnik, ale w swoim czasie była jednym ze zwykłych rozwiązań. Ta świadomość początkowo trochę odbiera budowli aurę cudu, a przy okazji osadza ją tam, gdzie jej miejsce, w konkretnym czasie i wśród podobnych sobie.

Cegła
Mur jest z cegły, bo na północnym Mazowszu brakowało kamienia budowlanego, była za to glina i drewno na opał do pieców. Cegłę formowano ręcznie, wciskając mokrą glinę w drewniane ramy, i na wielu sztukach do dziś zostają ślady palców. Suszono ją, potem wypalano, tygodniami. Z jednego pieca wychodziły cegły nierówne. Te wypalone w sam raz, czerwone, szły na zwykły mur. Te leżące najbliżej ognia przepalały się, częściowo zeszkliwiały i ciemniały, aż do prawie czarnego połysku.

Taką przepaloną cegłę nazywano zendrówką. Jest twardsza od zwykłej i przy stuknięciu dźwięczy metalicznie. Nie wyrzucano jej. Układano z niej wzory, wpuszczając ciemne główki w czerwone lico ściany tak, by tworzyły romby, kraty, zygzaki. Cegła jako materiał przywędrowała tu z północy, z państwa krzyżackiego, gdzie z braku kamienia doprowadzono ceglane budownictwo do mistrzostwa. Malbork, Toruń i Chełmno murowano z cegły, z zendrówkowymi deseniami na ścianach, na długo przed przasnyską farą. Północne Mazowsze leżało na skraju tego świata, a Działdowo, z krzyżackim zamkiem, to konno o dzień drogi stąd.

Zendrówkę ceniono zresztą nie tylko za kolor. Twarda i odporna, szła też na fundamenty i na najbardziej obciążone części murów. W dolnych kondygnacjach dzwonnicy łączy się jedno z drugim, ozdoba i wytrzymałość, bo najmocniejszą cegłę wkładano tam, gdzie mur dźwiga najwięcej, a przy okazji wychodzi z niej wzór.

Sama wieża jest niewysoka i krępa, trójkondygnacyjna, oszkarpowana w narożach. Kondygnacje dzieli obiegający gzyms, a najwyższą, tę szesnastowieczną, przebito z każdej strony parą wąskich otworów, w których niegdyś wisiały dzwony. Okna są niskie, ostrołukowe, wąskie jak strzelnice. Dzwonnica nie miała być jasna ani smukła, miała być mocna i słyszalna. Cały jej wyraz bierze się nie z ozdób doklejanych z wierzchu, tylko z samego muru, z rytmu cegły i z rombów wypalonych w ścianie.

Ten sam romb, powielony i uproszczony, jest dziś znakiem, którym miasto podpisuje swoje strony i druki. Niewielu przechodniów kojarzy, że patrzy na pięćsetletni sposób radzenia sobie z wadliwym wypałem, na cegły popsute przez piec, a obrócone przez murarza w ozdobę. Dotknąłem ściany. Cegła była chłodna, miejscami wygładzona dłońmi i deszczem, a czerwień przechodziła pod palcami w ciemne, twardsze romby.
Za każdą z tych ciemnych główek stoi konkretna robota. Ktoś dołował glinę (czyli ją składował w dole pozostawiając do przemarznięcia), ktoś ją formował, ktoś pilnował ognia przez tygodnie, ktoś wreszcie wybierał przepalone sztuki i układał je we wzór, żeby romby się zgadzały. Nazwisk tych ludzi nie znamy. Fundator bywa zapisany, murarz prawie nigdy. Ta jedna ściana – tyle po nich zostało.
W murze tkwią jeszcze małe, regularne otwory, rozstawione równo, ciemne w środku. To ślady po rusztowaniu. Belki, na których stali murarze, wpuszczano w świeży mur, a po skończonej robocie odcinano, zostawiając dziury. Nikt ich nie zamurował. Wieża nosi je do dziś, jak negatyw dawno rozebranego rusztowania. Ten fakt szczególnie przykuł moją uwagę – możemy dotknąć śladu bezpośrednio łączącego nas z pracą nad murem pół tysiąca lat temu.

Co jest z gotyku, a co nie
Nie wszystko, co bierzemy tu za gotyk, jest gotykiem. Kościół płonął wielokrotnie, a kolejne pożary i przebudowy wymieniły niemal wszystkie szczyty, dachy i gzymsy. Malowniczy schodkowy szczyt wieży, ta ostra sylwetka na tle nieba, jest w obecnej formie nowożytny, nie średniowieczny. Wnętrze kościoła też ma dziś wygląd późniejszy. W latach 1877-78 przebudowano zakrystię i skarbiec, dobudowano kruchtę, a nawę nakryto pozornym sklepieniem z desek. Więźbę dachową wymieniono w 1983, posadzkę rok później.
Wnętrze, do którego dziś się wchodzi, jest w dużej mierze dziełem XIX wieku. Złocony, neorokokowy ołtarz główny, ołtarze boczne, ambona i chrzcielnica pochodzą z czasów, gdy parafią rządził ksiądz Stanisław Czapliński, w latach 1877-1914. Gotyckie sklepienia nawy i prezbiterium dawno zastąpiono nowszymi stropami. Kto szuka tu średniowiecza, musi je wyłuskiwać spod warstw, arkada tu, wnęka tam.

Najstarszy znany wizerunek tego miejsca to malowana karta z inwentarza Kazimierza Stronczyńskiego z połowy XIX wieku. Pokazuje kościół i dzwonnicę od północnego zachodu, jeszcze przed późniejszymi przebudowami. Widać na niej, że sylwetka zmieniała się w czasie, że to, co dziś fotografujemy, nie jest dokładnie tym, co widział rysownik sto siedemdziesiąt lat temu.

Ze średniowiecza przetrwało zatem mniej, niż się wydaje. Arkady, wnęki w ścianach oraz, co ważniejsze, dolna partia dzwonnicy. Do tego jedna rzecz, której z ulicy nie widać w ogóle. Wewnątrz wieży, na piętrze, zachowało się gotyckie sklepienie gwiaździste, żebra przecinające się w gwiazdę. Przetrwało pięć wieków, pożary i dwie wojny, zamknięte w murze, poza zasięgiem mody i remontów.
Rzeczy schowane mają z czasem większą szansę przetrwać niż te na widoku. Sklepienie gwiaździste nie było ozdobą przypadkową. W gotyku żebra układano w gwiazdy i kryształy, żeby kamienne sklepienie odsyłało do porządku wyższego niż ludzki. Tu taką gwiazdę zamknięto w miejscu, gdzie prawie nikt jej nie ogląda, w mroku wieży, między belkami po dzwonach. Ktoś wykuł wzór mający pozostać w ciemności, i to go zapewne ocaliło.
W samym kościele takich sklepień już nie ma. Prezbiterium wieńczyło podobno sklepienie kryształowe, w kaplicach były krzyżowo-żebrowe, ale wszystkie zniknęły w kolejnych przebudowach. Gwiazda w wieży została jedynym gotyckim sklepieniem, jakie w całym zespole dotrwało do dziś. Tym osobliwsze, że akurat to schowane najgłębiej przetrwało, a te na widoku przepadły.

Jest jeszcze data w cegle. Na północnej ścianie kościoła ktoś odcisnął i wypalił liczbę 1395, wcześniejszą niż miejska lokacja z 1427 roku. Co dokładnie znaczy, nie wiadomo, i lepiej jej nie naciągać, bo twardych źródeł brak. Ale sam fakt, że budynek nosi na sobie różne daty i różne warstwy roboty, dobrze go opisuje. To nie jest zamknięty zabytek z jednej epoki, tylko warstwy nakładane przez pięć stuleci, z gotyckim rdzeniem pod nowożytną skórą.
Jest w tym pewna ironia. To, co dziś uchodzi za najbardziej gotyckie w tej budowli, ostry schodkowy szczyt, bywa młodsze od tego, co gotyckie naprawdę, a schowane. Dziewiętnasty i dwudziesty wiek miały własne wyobrażenie średniowiecza i chętnie dostawiały je do starych murów. Oglądając zabytek, patrzymy często nie na samą przeszłość, lecz na kolejne pomysły na to, jak przeszłość powinna wyglądać.

Wróciłem tam raz o zmierzchu, kiedy schodkowy szczyt czernieje, a dolne romby łapią jeszcze resztkę światła. Z dołu wszystko wygląda na jedną, spójną, starą budowlę. Dopiero wiedząc, że góra jest młodsza, a najstarsze siedzi w ciemności w środku, ogląda się tę samą wieżę jako coś złożonego z warstw, nie odlanego z jednego kawałka.

Po co osobno
Zostaje pytanie, po co w ogóle stawiać wieżę na dzwony oddzielnie. Czy nie łatwiej było zbudować jedną budowlę zamiast dwóch? Okazuje się, że powody są praktyczne. Rozkołysany dzwon to kilkaset kilogramów brązu w ruchu, drgania idą w konstrukcję i z czasem pękają sklepienia, więc trzymanie ciężkich dzwonów z dala od nawy oszczędzało kościół. W mieście w większości drewnianym, płonącym raz po raz, osobny murowany słup na dzwony był też bezpieczniejszy. Do tego akustyka. Wolnostojąca wieża rozsyła dźwięk równo na wszystkie strony, bez zasłony z kościelnych murów.
Osobne postawienie wieży ma jeszcze jeden skutek, czysto przestrzenny. Między kościołem a dzwonnicą powstaje prześwit, mały plac powietrza, przez który widać niebo tam, gdzie w zwartej bryle stałby mur. Ten prześwit jest częścią kompozycji, choć dziś rzadko się go zauważa.

Sam pomysł osobnej wieży na dzwony nie jest niczym nowym ani lokalnym. Wolnostojące kampanile stawiano we Włoszech od wieków, a dzwonnice oddzielone od świątyni znało już wczesne chrześcijaństwo. W polskim gotyku ceglanym rozwiązanie to jest za to rzadsze, bo tu wieżę zwykle wtapiano w bryłę kościoła. Przasnyska dzwonnica jest więc wersją północną i użytkową starego pomysłu, bez włoskiej smukłości, za to z ciężarem cegły i rombem z zendrówki zamiast marmuru.
Dzwon długo był jedynym dalekosiężnym głosem miasta, na wieki przed zegarem na ratuszu i przed gazetą. Odmierzał pory modlitwy i pracy, zwoływał na rynek, bił na alarm, gdy gdzieś zajął się ogień, liczył zmarłych. Wieża, która ten głos podawała ponad dachy, aż do ludzi w polu za Węgierką, była urządzeniem tyleż sakralnym, co miejskim i wspólnym.
Osobne gotyckie dzwonnice nie są na Mazowszu unikatem, ale murowana, w pełni wolnostojąca i z zachowanym gotyckim wnętrzem należy do rzadszych. Stoją tu i ówdzie inne, w Pułtusku z 1507 roku, przerobiona później na klasycystyczną, przy płockiej kolegiacie z początku XVII wieku, w Ciechanowie dopiero z końca XIX. Większość jest albo późniejsza, albo przebudowana nie do poznania.

Najbliższą krewną przasnyskiej wieży jest dzwonnica przy kościele Nawiedzenia NMP na warszawskim Nowym Mieście. Gotycko-renesansowa, z pierwszej połowy XVI wieku, kwadratowa, oszkarpowana, z ostrołukowym przejazdem w przyziemiu i dachem ze schodkowymi szczytami. Kto zna jedną, rozpozna drugą. Pokrewieństwo nie jest zresztą świeżym odkryciem. Autor hasła o Przasnyszu w Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego zauważył je już w 1888 roku, notując, że tutejsza dzwonnica „przypomina dzwonnicę kościoła P. Maryi w Warszawie”.

Ciekawe, że rozpoznawalnym wizerunkiem miasta stała się właśnie dzwonnica, nie herb ani sam kościół. Herb Przasnysza zmieniał się przez wieki, od postaci biskupa po mur z basztami, a kościół z daleka wygląda jak wiele innych. Wieża z rombami ma za to sylwetę, która zapada w pamięć. Miasta bywają rozpoznawane nie po tym, co w nich najważniejsze, tylko po tym, co najbardziej specyficzne.

Co przeszła
Dawne opisy wymieniają dzwony. Najstarszy nosił datę 1615, trzy inne odlano w 1747 i 1748 roku. W obu wojnach Niemcy masowo rekwirowali kościelne dzwony na metal, a Przasnysz przechodził i front, i okupację. Brąz dzwonu bywa trwalszy od ludzi, ale to nie zawsze wystarcza, by przetrwać wojnę.
Miasto pod tą wieżą płonęło wiele razy. Pożary trawiły kościół w XVII wieku, a po pożarze z 1792 roku świątynia stała w ruinie przez blisko pół wieku, nim ją odbudowano. Najciężej było w 1915 roku. Pod Przasnyszem rozegrała się jedna z największych bitew wschodniego frontu pierwszej wojny, miasto kilka razy przechodziło z rąk do rąk, farę zamieniono na lazaret, a jej nawa runęła od ostrzału, gdy prezbiterium jeszcze stało.

Bitwy przasnyskie z lat 1914 i 1915 należały do najkrwawszych na całym wschodnim froncie. W kolejnych starciach o miasto i okolicę zginęły dziesiątki tysięcy żołnierzy obu stron. Miejskie kalendarium kwituje pierwszą wojnę krótko, dwoma słowami, „zniszczenie miasta”. Za tymi słowami stoi zrównana z ziemią połowa Przasnysza.

Latem tamtego roku, gdy front stanął pod miastem, Przasnysz był w połowie wyludniony, pełen wojska i rannych. Zabitych, rosyjskich i niemieckich żołnierzy oraz mieszkańców, grzebano naprędce w ogrodach i przy drogach. Po tych walkach zostały cmentarze, pod Budami Rządowymi, w Parciakach, w Mchowie i kilkunastu innych wsiach, betonowe krzyże i płyty nad Niemcami, prawosławne krzyże nad Rosjanami. Dzwonnica stała pośrodku tego i przetrwała, jak przetrwała wcześniejsze pożary.

Proboszcz fary, ksiądz Józef Piekut, zapisał, że gdy pociski zaczęły padać koło kościoła, „wszyscy księża przasnyscy schronili się w wieży”. Nie napisał w której. W tym zakątku najgrubszy mur, najbliższy słowu schron, miała dzwonnica. Za rombami z zendrówki ludzie przeczekiwali ostrzał, a budowla postawiona w czasach wojen na miecz i tarczę posłużyła za kryjówkę przed ostrzałem artyleryjskim.
Po pierwszej wojnie kościół i wieżę odbudowano, jak odbudowywano całe zniszczone miasto. Ledwie zdążyło się podnieść, przyszła druga wojna. W 1939 roku Przasnysz włączono do Rzeszy, do rejencji ciechanowskiej, i miasto przeszło pod okupację twardszą niż w Generalnym Gubernatorstwie. Dzwonnica i to przetrwała, choć niejeden zabytek regionu wtedy przepadł. Trwanie takiej budowli nie jest cudem, lecz sumą przypadków, grubości muru i pewnej dozy zwykłego szczęścia.

Cmentarze z 1915 roku są dziś kolejną warstwą pamięci rozłożoną wokół miasta, obok żydowskiego kirkutu, obok mogił z drugiej wojny. Region jest gęsty od takich śladów, częściej niewidocznych niż widocznych. Dzwonnica stoi w środku tej gęstości jak jej najstarszy, najtwardszy punkt, coś, co było już na miejscu, zanim wydarzyła się większość tych katastrof i rzezi.
Dziś nie ma już w mieście nikogo, kto by widział na własne oczy i pamiętał tamtą bitwę. Przeszła do podręczników jako epizod wielkiej wojny, jedna z wielu nazw na mapie wschodniego frontu. A rozegrała się tu, na tych polach za miastem, wzdłuż których jeżdżę rowerem co sobotę, pod tym samym niebem, które widać znad dzwonnicy, gdy patrzę wieczorem na jej ciemną sylwetkę zamyślony. Wieża jest jednym z niewielu świadków tamtych dni, jacy stoją do dziś, tyle że z tego świadka nic się nie wyciągnie. Milczy jak mur.

Od dawna miasto nie żyje już rytmem dzwonu. Mierzenie czasu przyszło najpierw na zegarki, potem na telefony i wieża straciła dawną funkcję nadajnika. Bije jeszcze, jak biją dzwony wszędzie, ale nikt nie ustawia według niej dnia. To nie powód do żałoby, po prostu jedna z tych cichych zmian, w których przedmiot zostaje, a jego sens się przesuwa. Wieża, kiedyś urządzenie, jest teraz zabytkiem, i to też jakiś rodzaj trwania.

Patrzeć dłużej niż przez chwilę
Teraz, przechodząc tamtędy, widzę więcej niż za pierwszym razem, choć w murze nie zmieniło się nic. Ciemne romby to przepalona cegła sprzed pięciu wieków, a zarazem dzisiejszy znak miasta. Schodkowy szczyt jest młodszy, niż wygląda. W środku, niewidoczna, trwa kamienna gwiazda. Gruby mur krył kiedyś ludzi pod ostrzałem. Wcześniej nic z tego dla mnie nie istniało, budynek był tłem, szarą plamą na trasie do domu.
Pięćset lat to dla nas liczba bez pokrycia w doświadczeniu. Dla wieży to po prostu jej ciągły czas, ten sam mur od lokacji miasta po dziś. Nie ma w tym nic mistycznego, jest za to pewna trzeźwa lekcja skali. Wobec takiej trwałości nasze mijanie budynku w drodze do pracy jest epizodem tak krótkim, że aż pouczającym. Budowle uczą tej skali lepiej niż książki, bo można ich dotknąć.
Tyle zmienia samo czytanie, i to nie w budynku, tylko w patrzącym. Zabytek, koło którego chodzimy obojętnie, zaczyna istnieć dopiero wtedy, gdy się o nim coś wie. Pod tym względem miasto bywa sprawiedliwe, daje swoje opowieści nie temu tylko, kto się w nim urodził, lecz temu, kto chce je poznać. Przyjechałem tu z zewnątrz i dzwonnicę odkrywałem jak obcy.
Stoi dalej przy farze, ciemna u dołu, i czeka, aż ktoś przystanie i spojrzy dłużej niż przez chwilę.
ŹRÓDŁA
- R. M. Kunkel, Architektura gotycka na Mazowszu, Warszawa 2005.
- Architektura gotycka w Polsce, red. M. Arszyński, T. Mroczko, Warszawa 1995.
- Katalog zabytków sztuki w Polsce, t. X: Dawne województwo warszawskie, z. 18: Przasnysz i okolice, red. I. Galicka, H. Sygietyńska, Warszawa 1980.
- K. Stronczyński, Opisy i widoki zabytków w Królestwie Polskim (1844-1855).
- M. W. Kmoch, Zabytkowe przasnyskie świątynie, kurpiankawwielkimswiecie.pl, 2014.
- Słownik geograficzny Królestwa Polskiego, t. IX, Warszawa 1888, hasło Przasnysz, s. 120-123.
- Przasnysz – kościół Wniebowzięcia NMP, medievalheritage.eu (oprac. m.in. na podstawie białej karty ewidencyjnej E. Stawskiej, 1986).
- Gminny program opieki nad zabytkami miasta Przasnysz na lata 2022-2025, Przasnysz.

